"Fortepian" - recenzja klasyka

Film za który reżyserka Jane Campion otrzymała Złotą Palmę w Cannes, robi wrażenie już od pierwszych chwil, kiedy niema bohaterka (Holly Hunter) czeka na dzikiej plaży z córką, walizkami i wielką skrzynią zawierającą tytułowy fortepian. Wydana za mąż za Europejczyka wykupującego ziemię od Maorysów w zamian za koce i błyskotki, już na wstępie musi przedzierać się w deszczu przez głębokie błoto i w takich też warunkach pozować do zdjęcia ślubnego. To nie jest Nowa Zelandia z filmów o hobbitach Petera Jacksona. To Nowa Zelandia, którą Brytyjczycy ukochali, bo mają tam taką samą pogodę jak u siebie w domu.

Holly Hunter jako Ada od razu robi wrażenie i pokazuje, że może udźwignąć ten ciężki obraz. Duże, otwarte oczy nie są tu oznaką niewinności, a bólu i determinacji. Od razu czujemy, że Ada ma już za sobą wiele i nie planuje żyć na cudzych zasadach, choć nie poznajemy szczegółów jej historii - poza ewidentnie zmyśloną opowiastką małej Flory i kilkoma nieprzetłumaczonymi zdaniami w języku migowym.

Dalszy rozwój scenariusza w pierwszym akcie sprawia wrażenie wyprodukowanego, a nie wychodzącego organicznie z postaci, ale kiedy zdać sobie sprawę, że jest to melodramat, a więc historia czysto dla uczuć i emocji, to łatwo przechodzi się z filmem dalej, kiedy już nieuchronny trójkąt miłosny wkracza w bardziej namiętną fazę.

Przy tym opowieść o miłości w trudnych czasach nie jest w żadnym wypadku banalna w wykonaniu Campion. Ada jest enigmatyczna - na jej twarzy nigdy nie gości uśmiech, czym wyraźnie wprowadzana w zakłopotanie swojego męża, pozbawionego takiej zdeterminowanej celowości. Czasem oglądanie drogi bohaterki pod prąd jest bolesne, okazjonalnie jej decyzję budzą zdumienie, ale zawsze ciekawie się ogląda, kiedy przez brak mowy i mimiki wprawia innych w zakłopotanie.

Już nawet mała córka Ady, Flora często wydaje się wiedzieć lepiej, co dla matki dobre, a z niej samej też jest niezłe ziółko. Rozkoszny łobuz podbił w ogóle serca Akademii i 11-letnia wówczas aktorka otrzymała statuetkę za swoją kreację. Na moje oko jej maniera i zachowanie niekoniecznie pasuje w tonie do reszty filmu, jak zresztą kilka innych żartów, które mają rozświetlać ten pochmurny obraz. Najgorzej wypadają gagi związane z Maorysami - humorek idealnie pod Oscary lat 90-tych.

Żarty wypadają więc sztucznie, za to zupełnie organicznie wychodzi Campion łączenie XIX-wiecznego romansu z szarością prawdziwego życia. Suknie zawsze ubabrane na spodzie błotem, targanie skrzyń na piechotę przez dżunglę, damy załatwiające potrzeby w lesie i ciężka praca, jaką jest namiętne zdejmowanie ówczesnych strojów do seksu.

"Fortepian" to wszystkie te bardzo udane elementy - brzydka widokówka z epoki, namiętny romans i studium charakteru - połączone w jedną, satysfakcjonującą całość, z kilkoma tylko fałszywymi nutami.
8/10