"Tunel" - recenzja

Oryginalna recenzja ukazała się pierwszy raz w październiku 2017 w serii "Tycie Osądy".

tunnel_teo_neol.jpg

"Tunel" (Teo-neol) to "Marsjanin" Ridleya Scotta na możliwościach koreańskiego budżetu. I mimo dużo mniejszej kasy, to właśnie azjatyckie kino znowu wygrywa na mojej tablicy wyników.

Zapalnik fabuły prosty: zawala się dwukilometrowy tunel, a pod nim Jung-soo. Jako, że bohater jeździ koreańskim autem Kia, to nie zostaje zmiażdżony na śmierć, ale uwięziony pod tonami gruzu. I jako, że używa koreańskiego telefonu Samsung i korzysta zaawansowanej koreańskiej sieci komórkowej, nie traci zasięgu i dzwoni po pomoc.

Koreańskie służby nadciągają z odsieczą, ale niestety akcja ratunkowa może się znacznie przedłużyć. Podobnie jak w "Marsjaninie", walka będzie widziana tak z survivalowej perspektywy samotnego więźnia, jak ekipy ratunkowej. I tu także znajdzie się czas na humor, choć w nieco innym stylu.

Dlaczego stawiam "Tunel" wyżej od megaprodukcji z Mattem Damonem? Bo ten pierwszy zaskakiwał mnie na każdym kroku. Łatwo tu wejść na spoilerowe terytorium, więc tylko ogólnikowo powiem, że często reżyser Seong-hun Kim brał mnie z zaskoczenia nagłą zmianą nastroju, gotowy podstawić bohaterowi nogę w smutnym momencie albo znaleźć nutę czarnego humoru w walce na śmierć i życie.

Jung-soo jest dużo bardziej ludzki od Marka Watneya granego przez Damona. Nie ma sprytnego tekstu na każdą okazję i nie jest skłonny do heroicznych poświęceń. To zwykły gość ze zwykłą żoną, zagraną co prawda przez Doonę Bae, aktorkę z produkcji Wachowskich, tylko tutaj w make-upie udającym brak make-upu.

Ale tak naprawdę "Tunel" przekonał mnie przede wszystkim fantastycznym napięciem. Mimo, że takie kino rządzi się swoimi wysokobudżetowymi prawami, można się zapaść w fotelu, bo tak bardzo beznadziejna potrafi stać się sytuacja. I to jest takie świeże uczucie w produkcji tego typu. Na Marsjaninie przysypiałem na tych montażach akcji ratunkowej jedna po drugiej - a tu trudno mi było oddychać.

W swojej kategorii wagowej, "Tunel" to naprawdę wysoka półka. Nie wywraca modelu kina katastroficznego łamane przez survivalowego łamane przez ratunkowego. Ale oferuje wiele małych zaskoczeń i emocjonujący trzeci akt.

8/10

Koreańskie służby nadciągają z odsieczą, ale niestety akcja ratunkowa może się znacznie przedłużyć. Podobnie jak w "Marsjaninie", walka będzie widziana tak z survivalowej perspektywy samotnego więźnia, jak ekipy ratunkowej. I tu także znajdzie się czas na humor, choć w nieco innym stylu.

Dlaczego stawiam "Tunel" wyżej od megaprodukcji z Mattem Damonem? Bo ten pierwszy zaskakiwał mnie na każdym kroku. Łatwo tu wejść na spoilerowe terytorium, więc tylko ogólnikowo powiem, że często reżyser Seong-hun Kim brał mnie z zaskoczenia nagłą zmianą nastroju, gotowy podstawić bohaterowi nogę w smutnym momencie albo znaleźć nutę czarnego humoru w walce na śmierć i życie.

Jung-soo jest dużo bardziej ludzki od Marka Watneya granego przez Damona. Nie ma sprytnego tekstu na każdą okazję i nie jest skłonny do heroicznych poświęceń. To zwykły gość ze zwykłą żoną, zagraną co prawda przez Doonę Bae, aktorkę z produkcji Wachowskich, tylko tutaj w make-upie udającym brak make-upu.

Ale tak naprawdę "Tunel" przekonał mnie przede wszystkim fantastycznym napięciem. Mimo, że takie kino rządzi się swoimi wysokobudżetowymi prawami, można się zapaść w fotelu, bo tak bardzo beznadziejna potrafi stać się sytuacja. I to jest takie świeże uczucie w produkcji tego typu. Na Marsjaninie przysypiałem na tych montażach akcji ratunkowej jedna po drugiej - a tu trudno mi było oddychać.

W swojej kategorii wagowej, "Tunel" to naprawdę wysoka półka. Nie wywraca modelu kina katastroficznego łamane przez survivalowego łamane przez ratunkowego. Ale oferuje wiele małych zaskoczeń i emocjonujący trzeci akt.

8/10