"Wymarzony" / Pupille - recenzja filmu

"Wymarzony" to trochę innego rodzaju feelgood movie, niż jesteśmy przyzwyczajeni. Nie szafuje szerokimi uśmiechami ani wielkimi gestami poświęcenia, nie oferuje łatwego pocieszenia ani żartów na każdym zakręcie. Zamiast tego budzi otuchę, pokazując sprawnie działającą publiczną instytucję, z jej ludzkimi trybikami zawsze traktującymi swoją pracę poważnie, w duchu szacunku do drugiego człowieka i z dobrem podopiecznych na pierwszym planie.

Bohaterów jest w filmie wielu i wszyscy są jakąś niezbędną częścią procesu adopcyjnego. Mamy więc anonimową matkę, jej świeżo narodzonego szkraba oraz kandydatkę czekającą na dziecko. Na pierwszy plan wychodzą jednak raczej te mniej oczywiste osoby, dzięki którym cały ten proces może być tak feelgoodowy w odbiorze, jaki jest - jak na przykład pan prowadzący dom tymczasowy czy pani robiąca rekonesans i odpowiadająca za kontakty z kandydatkami na matki.

Nie spodziewajcie się tutaj wielkich zwrotów akcji ani zagrożenia życia - tytułowy "Wymarzony" to chyba właśnie przedstawiony w filmie proces adopcyjny. Na szczęście, choć postacie są tak idealne w swojej pracy jak moralnie idealni są bohaterowie "chrześcijańskich pasz", nadal przekonująco pozostają ludźmi. Duża tu zasługa aktorów, ale też i sprytnego scenariusza, który w ten ciąg "od narodzin do adopcji" wplata okruchy życia pracowników - tu komplikacje w życiu uczuciowym, tam nieprzemyślany chamski żart. Przepychanki biurokratyczne także się zdarzają, a urzędnicy z różnymi priorytetami mogą nie widzieć nawzajem swoich racji i bardziej wyzywać nawzajem niż kłócić.

Nie ma się co jednak oszukiwać - film francuskiej reżyserki wypełniony jest zbliżeniami na niemowlę, wzruszeniami i wiarą w ludzkość. Nie widzę w tym jednak niczego, co trzeba ganić. Bo to nie tylko hymn na cześć tych, którym zależy, ale też zrozumienie, że i oni są ludźmi. Więc może tak naprawdę wcale nie trzeba aż tak wiele, byśmy się zbliżyli do tych, których podziwiamy.

8/10