"Avengers: Wojna bez granic" - recenzja

Komiksowy kolega polecił mi niedawno "Superior Spider-Mana", komiksowe wydarzenie, w którym Peter Parker na starcie umiera, a w jego ciało wstępuje jego arcywróg Doktor Octopus. I bawiłem się na tyle dobrze, że po skończeniu serii sam zacząłem szukać kolejnych zeszytów, bo naturalnie ta opowieść płynnie przechodzi w kolejną.

 Kostium z dodatkowymi kończynami to znak charakterystyczny Superior Spider-Mana. Jednym z małych zaskoczeń nowego filmu jest wykorzystanie tego samego myku w nowym kostiumie Petera Parkera w "Infinity War". Spoko, to jest bardzo tyci, tyci spoiler.

Kostium z dodatkowymi kończynami to znak charakterystyczny Superior Spider-Mana. Jednym z małych zaskoczeń nowego filmu jest wykorzystanie tego samego myku w nowym kostiumie Petera Parkera w "Infinity War". Spoko, to jest bardzo tyci, tyci spoiler.

Zaskoczyło mnie, jak zajmujące jest to wszystko - w każdym 30-stronicowym zeszycie musi być zawarta jakaś historia, postacie z kartki na kartkę pojawiają się, by potem zniknąć na kolejne pięćdziesiąt stron lub historyjek, a większość walk sprowadza się do od jednej do dwóch stron, jak ktoś wykonuje jakiś cios, bo szkoda marnować czas, trzeba już ustawiać następną bitkę. I po prostu nie da się tego wszystkiego objąć umysłem. Można to tylko chłonąć w chwili i potem o tym nie myśleć za bardzo, bo każda opowieść i tak zostanie zaraz nadpisana przez kolejną. Zeszytówki komiksowe wymykają się krytycznej ocenie, bo nie chodzi nigdy o to, by się najeść - chodzi o to, żeby po przeczytaniu mieć ochotę nabyć kolejną część. Można naturalnie polecić konkretną serię, zebrane wydarzenie, jak Civil War czy właśnie Superior Spider-Mana - ale one nie mają szans istnieć bez kontekstu całej reszty ciągniętej przez potężną lokomotywę Marvela.

 Plakat pokazuje, że tylko w Marvelu tylko w kosmosie można liczyć na ciekawe postacie grane przez kobiety. Ale chyba się coś ruszy z tą Wasp i Captain Marvel, co?

Plakat pokazuje, że tylko w Marvelu tylko w kosmosie można liczyć na ciekawe postacie grane przez kobiety. Ale chyba się coś ruszy z tą Wasp i Captain Marvel, co?

I właśnie po obejrzeniu "Avengers: Infinity War" dotarło do mnie, jak bardzo ten kombajn robi dokładnie to samo ze swoimi filmami. Nie ma produkcji, która lepiej by się wpisywała w ten model komiksowy, w którym chodzi o to, by gonić króliczka i nigdy go nie złapać. Dziesiątki rozpoznawalnych postaci na ekranie zderza się ze sobą w scenach niczym figurki w zabawie wyjątkowo uzdolnionego dziecka, które potrafi pisać nad wyraz solidne, dowcipne dialogi i zachować esencję swoich bohaterów.

Pod tym względem to na pewno wielki sukces. Postacie całkiem organicznie - zawsze trochę przypadkiem, a trochę z wyboru - łączą się w nieoczywiste grupy i pędzą realizować swoje różne małe questy, związane zawsze jakoś z Thanosem i jego kryształową rękawicą MacGuffinów. Najbardziej nadęci bohaterowie zostali przy tym w zasadzie wsadzeni w jeden worek, by nie zawadzali w dobrej zabawie. Ale nadęci czy nie, każdy dostaje coś do roboty, ma okazję chwilkę błysnąć na ekranie i dostarczyć cool moment swoim fanom. Ne macie jednak co liczyć na jakieś wątki dla tych postaci - chyba że wątkiem jest umieranie. Bo tak, już pierwsza scena demonstruje, że będą jakieś trupy.

 Film zaczyna się od sceny z Thanosem i jego przydupasami. Otwarcie filmu przywołuje to, co najbardziej emocjonujące w moim ulubionym Dragon Ballu Z.

Film zaczyna się od sceny z Thanosem i jego przydupasami. Otwarcie filmu przywołuje to, co najbardziej emocjonujące w moim ulubionym Dragon Ballu Z.

Głównym lejtmotywem jest stara dobra superbohaterska rozterka "jedno życie vs prawdopodobnie życia milionów". Wszystkie emocjonalne dylematy z tego czerpią, z różnym skutkiem, ale za to po obu stronach barykady - bardzo odświeżające!

Zaskakującym efektem ubocznym rozwałki, w której występuje stu czterdziestu bohaterów, staje się bowiem fakt, że jedyną postacią przechodzącą tu jakąś drogę zostaje ich główny przeciwnik Thanos (Josh Brolin). Ten kształtuje się na naszych oczach na jednego z najciekawszych arcyłotrów w historii filmowego uniwersum. To wyjątkowo świadomy gość, męczony przez wewnętrzne demony i zdający sobie sprawę, że każdy ma swoje racje, ale to jego racja jest racją najmojszą i nigdy nie podda jej pod wątpliwość. Jego filozofia jest całym jego kręgosłupem i choć kompletnie niedorzeczna, wydaje się być przemyślana. W klasycznych charakterach D&D plasuje się gdzieś między praworządnym złym a praworządnym neutralnym.

Czy jednak potężny wróg z kosmosu może ponieść jakiś ludzki aspekt opowieści? Nie do końca, ale chyba nikt się nie łudził. Największym wyzwaniem i głównym celem braci Russo było utrzymywanie tego wszystkiego w ryzach, by nadal ten bajzel pozostał czytelny, a każdy fan otrzymał trochę mięska dla siebie - no i to się udało. Część krytyki może kręcić nosem, ale nie wydaje mi się możliwe, by fani po prostu popkulturalnej rozwałki mogli liczyć na coś lepszego, niż to. Za to dla osób nieprzekonanych do serii nie wyobrażam sobie gorszego początku - bez obejrzenia choćby 1/3 dotychczasowych produkcji Marvel Studios wszystko tu będzie hałaśliwym bełkotem.

 Guardiansi nadal są najlepszą ekipą w zestawie, dodatkowo podnoszącą wartość komiczną wszystkich ziemskich bohaterów, w których sąsiedztwie się znajdą. Ale Strange, Stark i Spidey też nie mają co narzekać na zbyt drętwe dialogi.

Guardiansi nadal są najlepszą ekipą w zestawie, dodatkowo podnoszącą wartość komiczną wszystkich ziemskich bohaterów, w których sąsiedztwie się znajdą. Ale Strange, Stark i Spidey też nie mają co narzekać na zbyt drętwe dialogi.

Oglądanie "Wojny bez granic" jest więc podobnym doświadczeniem jak czytanie ich komiksów czy oglądanie telenoweli przez Twoją babcię - co możesz powiedzieć poza tym, że "jak lubisz, to oglądaj"? Ja w trakcie byłem właśnie w stanie takiego eskapistycznego transu babci. Zawsze będę jednak bardziej szanował historie - w tym te komiksowe - które mają jakiś puls. "Avengersi" są najdalej od ludzkiego kontekstu ze wszystkich propozycji studia, ale to nadal najlepszy ich crossowy obraz dotąd.

Thanos-from-Avengers-Infinity-War.jpg

Jego pulsem jest wielki fioletowy kosmiczny mięśniak.
7/10

(ale jak nie trawisz Marveli, to ten film na stówę nie zmieni twojego zdania)