"Anihilacja" - recenzja

"Anihilacja" na szczęście nie imploduje pod wpływem swoich wielkich ambicji prezentowanych z kamienną twarzą. Są momenty, kiedy jest blisko. Na przykład wtedy, kiedy jedna pani naukowiec musi wytłumaczyć drugiej, że krokodyle nie mogą się krzyżować z rekinami. Albo kiedy oglądamy kolejne sceny nieporadnie próbujące tchnąć jakieś człowieczeństwo w związek głównej filmowej pary, co za każdym razem wypada boleśnie manierycznie.
 

 Ekipa wyruszająca w nieznane składa się w całości z kobiet, ale nie ma to tak dużego znaczenia, kiedy postacie dostają tak niewiele charakteru, jak w przeciętnym "potwór zabija ludzi jedno po drugim".

Ekipa wyruszająca w nieznane składa się w całości z kobiet, ale nie ma to tak dużego znaczenia, kiedy postacie dostają tak niewiele charakteru, jak w przeciętnym "potwór zabija ludzi jedno po drugim".


Alex Garland, reżyser "Ex Machiny" zasługuje na pewno na coś więcej, niż porównania z filmami swoich kolegów, ale jego nowy film bardzo wpisuje się we współczesny nurt humanistycznego sci-fi, które w wizjach przyszłości szuka kluczy do zagadek człowieczeństwa, duszy i czasu. Trudno uniknąć porównania z "Nowym początkiem", w którym także pani naukowiec ze zrujnowanym życiem rodzinnym zostaje zaciągnięta przez wojsko do współpracy. Tworzą się też skojarzenia z "Prometeuszem", który podobnie wysyła ekipę bez adekwatnego przygotowania w sytuację, w której będą umierać jedno po drugim, ale może między jedną a drugą śmiercią odkryją nowe, fantastyczne życie i może odpowiedzi na temat naszego.

annihilation-tessa-thompson-flowers.jpg


Nie zbywajmy jednak tymi słowy produkcji Garlanda - "Anihilacja" to świeży produkt, do tego z kategorii tych, które zostają w głowie długo po seansie. Nie spodziewajcie się wielu wyjaśnień - im bliżej końca, tym więcej bowiem znaków zapytania.

Nie jest to przy tym dzieło nie do przebrnięcia - klucz odpowiedzi zawsze wydaje się być na wyciągnięcie ręki, bo czujemy, że puzzle są z tego samego pudełka - przemiana, ewolucja, nowotwór, autodestrukcja, zderzenie piękna z koszmarem. Nie ma więc alienacji, widz nie czuje się w tym wszystkim oszukany i chętnie po seansie próbuje w głowie łączyć elementy.

Mówię "po seansie", bo w trakcie jest zbyt zajęty tą przejażdżką emocjonalną i wizualną. "Anihilacja" wygląda wystarczająco ikonicznie, by doczekać się w przyszłości popkulturowych nawiązań. Kiedy zobaczymy te drzewa na plaży albo kwiaty i domek nad bajorem w jakichś Simpsonach czy South Parku, będziemy od razu wiedzieli, że piją do tego przedziwnego horroru ekologicznego.

Z perspektywy czasu nikt nie będzie pamiętał scen, w których postacie z zabójczą powagą szepczą do siebie, czy nienawidzą tylko siebie, czy także drugiej osoby w pokoju. Zostaną te oryginalne, niepokojące obrazy.

8/10

Anihilacja do obejrzenia teraz na Netfliksie.