"Listopad" / November - recenzja

Kratt to w mitologii estońskiej istota stworzona ze słomy i narzędzi domowych, służąca człowiekowi, który powołał ją do życia. Bez krattów wielu mieszkańców estońskiej wioski nie miałoby szans przeżyć zimnych miesięcy, zwłaszcza że wszyscy prawie są już starzy i schorowani, a zapasy jedzenia kończą się jeszcze przed nadejściem zimy.

novemberbyrainersarnethomelessbobproductionfotogabrielaliivamagi15.jpg

Nic więc dziwnego, że kratty to najczęściej występujące w "Listopadzie" nienaturalne istoty. Z radością ukradną dla swojego pana nie tylko jakieś drobiazgi, ale także całą krowę. Cała ekonomia filmowej XIX-wiecznej wioski opiera się na kradzieży - każdy zawłaszcza sobie, co tylko może. Najczęstszą ofiarą jest tutaj naturalnie germański baron, bo on jako jedyny coś posiada. Ale nawet zmarli dręczeni są pytaniami o lokalizacje swoich ukrytych skarbów, a sam diabeł notorycznie daje się oszukać wieśniakom.

Jak się więc możecie spodziewać po tym opisie, "Listopad" ma bardzo dowcipny ton. Trudno go jednak mimo to nazwać lekkim. Humor nie zrzuca z widza ciężaru, bo zawsze jasne jest, że jak dziwaczna by ta filmowa rzeczywistość nie była, te postacie nią żyją. Pomaga tutaj scenariusz, który chętnie powraca do wcześniej ustalonych zasad i wątków, dzięki czemu świat zachowuje konsekwencję.

 Rea Lest

Rea Lest

Do tego w samym sercu opowieści leży historia nieszczęśliwej miłości. I choć stara jak świat, pachnie świeżością, po części dzięki całej pogańskiej aurze filmu, a po części dzięki świetnym rolom, zwłaszcza bardzo poświęcającej się dla sztuki, tarzającej się nago w błocie Rei Lest. Bo tak, młodzi ludzie także decydują się zwrócić o pomoc do nadprzyrodzonych mocy, by osiągać swoje sercowe cele.

Może was pewnie po tym wszystkim zdziwić, że określiłbym "Listopad" mianem horroru. Przynajmniej w pewnym sensie. Jak bardzo by ta rzeczywistość ekranowa nie była śmieszna w swojej logice, to jednak życie w niej wydaje się być sennym koszmarem. Prawie wszyscy mają w sobie coś nieludzkiego, a czarno-białe zdjęcia przytłaczają intensywnością bieli i czerni. Do tego lekcje, jakie można wynieść z filmu, porównywalne są właśnie z morałem strasznej baśni, którą rodzice by opowiadali dzieciom, by się więcej modliły i porzuciły marzenia o kontroli nad własnym życiem.

8/10

Film oparty jest na powieści "Rehepapp ehk November" Andrusa Kivirähka, wydanej w 2000 roku w Estonii. Kivirähk według estońskiej Wikipedii jest najpopularniejszym estońskim pisarzem XXI wieku, gdyż jego książka sprzedała się w osiem lat w 32 tysiącach egzemplarzy.