Najlepsze filmy Hala Ashby'ego

Na American Film Festival jak zwykle skupiłem się na retrospektywach. Widziałem przede wszystkim prawie cały prezentowany repertuar Hala Ashby'ego - reżysera, na którego pokazy bym się nie zdecydował, czytając same skróty fabuł.

Mojego ulubionego "Właściciela" z 1970 roku można streścić zdaniem "biały bogaty facet kupuje kamienicę w biednej czarnej dzielnicy", ale szczęśliwie temat zostaje potraktowany z większą złożonością niż można się spodziewać po komedii. Nie żeby nie było śmiesznie, myśmy się na seansie świetnie bawili całą grupą. Humor można nazywać w wielu momentach eksperymentalnym. To pierwszy reżyserski projekt Ashby'ego - dotąd zajmował się montażem cudzych. Tu najwyraźniej dość już miał standardowego składania obrazów i pozwolił sobie na trochę wolności. W końcu jak to jego własna taśma, to nikt go nie opieprzy, jak ją utnie kilka razy więcej.

 Hal Ashby wyreżyserował siedem produkcji w latach 70-tych i żadnej z nich nie można określić mianem porażki. Z kolei w latach 80-tych, aż do śmierci w 1988, nie stworzył żadnego uznanego obrazu. Na festiwalu dało się obejrzeć jedynie produkcje z lat 1970-1979.

Hal Ashby wyreżyserował siedem produkcji w latach 70-tych i żadnej z nich nie można określić mianem porażki. Z kolei w latach 80-tych, aż do śmierci w 1988, nie stworzył żadnego uznanego obrazu. Na festiwalu dało się obejrzeć jedynie produkcje z lat 1970-1979.



Drugą najbardziej polecaną przeze mnie produkcją jest "Wystarczy być", z ostatnią rolą Petera Sellersa, znanego sieciowej publice głównie dzięki "Doktorowi Strangelove'owi" i otoczeniu kultem Kubricka. Sellers gra tu prostolinijnego starszego mężczyznę, który przez całe życie oglądał telewizję otoczony murami i teraz nagle musi wyjść do prawdziwego świata. Cały film to taki trochę anty-"Forrest Gump", ale nie będę zdradzał, w jakim sensie, bo naprawdę każdemu polecam seans.

Największym rozczarowaniem okazali się niestety "Harold i Maude". Tutaj opis "młody przygnębiony chłopak poznaje staruszkę, która odkrywa przed nim smak życia" niestety faktycznie jest jedynym napędem filmu. Cukierkowy, z postaciami uwięzionymi w archetypach i feel-goodowych rozwiązaniach. Ogląda się go w całości na autopilocie.
Film uwielbiany jest jednak zarówno przez publiczność, jak i część współczesnej krytyki, więc możecie chcieć przekonać się sami.

Jedyny film, który przegapiłem, to "By nie pełzać na kolanach", epopeję folkową o trudach klasy pracowniczej podczas kryzysu gospodarczego. I trochę żałuję. Nieco mi brakuje tego ekonomicznego puzzla do pełnego obrazka. Hal Ashby to bowiem w każdym swoim projekcie 70's-owy lewak całym sercem i w tym, co widziałem znajdziecie i odarcie glorii ze służby wojskowej ("Ostatnie zadanie"), i potępienie wojny w Wietnamie ("Powrót do domu") i wolność seksualną połączoną z wbijaniem szpili obojętnym na politykę elitom ("Szampon"). Przy tym zaznaczę - tak, facet potrafi być czasem zbyt dosłowny ze swoim komunikatem, zwłaszcza w "Powrocie".

Dem zaleca obejrzenie:
1970 Właściciel, 1973 Ostatnie zadanie, 1979 Wystarczy być